“Serce gangstera”

ZAPOWIEDŹ PATRONACKA

Autor: Anna Wolf

Cykl: “Gangsterzy” (tom 1)

Wydawnictwo NieZwykłe

Gatunek: literatura obyczajowa, romans

Liczba stron: 250

PREMIERA 22. 01. 2020 r.

Pierwszy tom nowej serii mafijnej 🙂 Ponad milion odsłon na Wattpadzie! Mój blog, z ogromną przyjemnością objął patronatem medialnym tę niesamowitą, mocną, poruszającą powieść 🙂

Oto krótki opis od wydawcy:

„ – Ile jestem warta? Spójrz mi w oczy i powiedz to – rozkazuję mu chłodnym tonem, na który Nick się wzdryga. – Milion – odpowiada przez zaciśnięte zęby”.

Dwudziestodwuletnia Chloe McCoy nigdy się nie spodziewała, że jej brat Nick wpadnie na tak egoistyczny pomysł. Pokazał groźnemu gangsterowi pewne zdjęcie, sugerując, że to właśnie ona mogłaby być zabezpieczeniem spłaty karcianych długów. I mimo iż Nick próbował później wyprostować niefortunny zbieg okoliczności, twierdząc, że to samochód, a nie ona, miał gwarantować spłatę długu, Aleksiej Tarasow już ułożył sobie w głowie plan. Szalony plan. Z mężczyznami takimi jak Tarasow nie można pogrywać. Kiedy gangster jego pokroju zobaczy coś, co mu się spodoba, zrobi wszystko, żeby to mieć.

Zaintrygowani? 🙂 Mam dla Was dwa pierwsze rozdziały:

Rozdział 1

ALEKSIEJ

Patrzę na rząd równo ustawionych butelek, które aż błagają, żebym zrobił sobie cholernego drinka. Bardzo chętnie bym się napił, ale nie mam, kurwa, na to czasu. Muszę być dzisiaj skupiony. Więc zamiast ze szklanką wódki w dłoni siedzę o suchym pysku rozparty w fotelu w swoim gabinecie i patrzę na monitory, na których widać nieszczęśników rozgrywających kolejną partyjkę pokera. I może nie wszyscy wyjdą stąd przegrani, ale jeden na pewno. Ten facet nie wie, kiedy skończyć. To taki typ człowieka, który myśli, że jeszcze się odegra. Naiwny koleś. Wiem, że nie wygra. Za długo jestem w tym biznesie, tak samo jak moja prawa ręka, Oleg. Właśnie na niego spoglądam. Siedzi po drugiej stronie biurka, zupełnie spokojny i opanowany.

– Ile już nam wisi? – pytam, a kiedy na mnie patrzy, jego wyraz twarzy momentalnie zmienia się w posępny grymas. – Ten facet igra ze śmiercią. Dzisiaj jakieś pięćdziesiąt tysięcy, a ogólnie będzie tego z ćwierć miliona.

– Koniec. Ma standardowy czas na spłatę. – Mówię to, co zwykle, żeby nie było niejasności. Dla nikogo nie robię wyjątków. Zawsze jest górny pułap, którego nie pozwalam im przekroczyć.

Oleg tylko kiwa głową i wychodzi, a ja zabieram się za zaległe papiery. Prowadzenie tego biznesu – nielegalnych gier i całkiem legalnego klubu – wymaga trzymania ręki na pulsie. I mimo że mam dopiero dwadzieścia osiem lat, nikt mi nie podskakuje, bo nie jestem sympatycznym kolesiem z sąsiedztwa. Mogę zafundować im cholerne piekło, jeśli zajdzie taka potrzeba.

W chwili, gdy sięgam po fakturę, słyszę pukanie do drzwi. Unoszę głowę i spoglądam na wchodzącego Olega.

– Chce negocjować – odzywa się.

– Negocjować? A niby co? – Facet jest zabawny. Poważnie. – Przegrał w chuj kasy, a chce jebanych negocjacji?

– Nie wiem, powiedział tylko, że ma coś, czym mógłbyś być zainteresowany, szefie.

– Interesujące. Wprowadź go – rozkazuję, wygodnie opierając się w fotelu. Moja ciekawość jest większa niż irytacja.

Po chwili do gabinetu wchodzi Nick „przegrałem w chuj kasy” McCoy. Facet, który powinien spieprzać stąd jak najdalej, ale jest na tyle głupi, że tego nie robi. Nikt ze mną nie negocjuje. Nikt, kto zna moją reputację i jest przy zdrowych zmysłach. Ale zdarzają się odważni, którzy jednak próbują i płacą za to wysoką cenę. Ale co kto lubi.

– Zdaje mi się – zaczynam – że gra się skończyła. Czy może o czymś nie wiem? – Stukam palcem w blat i czekam na odpowiedź, którą znam. Oni wszyscy są tacy sami. Zawsze te same, monotonne odpowiedzi. To jest tak nudne, że aż chce się rzygać.

– Muszę się odegrać.

A nie mówiłem?

– Nick, masz więcej długu niż przeciętny obywatel tego kraju. Więc jak chcesz go spłacić?

– Pozwól mi jeszcze raz zagrać.

– A jak przegrasz? To nie jest kilka tysiaków tylko kilkaset tysięcy, których, jak wiem, nie masz. Zdajesz sobie sprawę, co się dzieje z kolesiami, którzy nie oddają? – pytam, zauważając, że przełyka nerwowo ślinę. Jest jednak stanowczo zbyt opanowany jak na kogoś, kto może za chwilę skończyć na cmentarzu. Taa, ma coś w zanadrzu, coś wartościowego, czego jeszcze nie spieniężył. Gra w pokera od mniej więcej roku i nawet jak przegra, to zawsze spłaca długi, ale tym razem nie jest to kilka dolców.

– Wygram, jednak jeśli karta się odwróci, to przysięgam, że spłacę co do centa.

I cholera, wierzę mu, ale nie w tym rzecz. Nie mogę czekać na kasę od niego dłużej niż od innych. Jeżeli się rozejdzie, że McCoy dostał specjalne warunki, przestaną mnie szanować, a na to nie mogę sobie pozwolić. Wzdycham, bo męczy mnie ta rozmowa.

– Potrzebuję zabezpieczenia. Masz coś, co jest warte więcej niż twój potencjalny dług? – pytam, ale znam odpowiedź.

– Nie.

– To nie mamy o czym rozmawiać. Oleg – kiwam na mojego człowieka – wyprowadź go.

– Nie, nie. – McCoy podchodzi bliżej. – Może to nie jest to, ale…

– Ale? – Cholera, naprawdę jestem ciekawy.

– Mam to. – Wyjmuje telefon i mi go rzuca. Łapię urządzenie i patrzę…

– Jesteś tego pewien?

– Tak. Jeżeli się nie odegram, to twoje zabezpieczenie do czasu, aż wszystko oddam.

I w tym momencie przestaję szanować tego dupka. Jednak nie powiem mu tego. Jest zbyt głupi, żeby wiedzieć, że takich rzeczy się nie robi. Czasem nienawidzę tego biznesu, ale jak każdy z czegoś muszę żyć.

– Zgoda – oznajmiam. – Ale to ja decyduję kiedy, jak i na jak długo.

– Jasne, dziękuję, panie Tarasow. – Wygląda, jakby właśnie wygrał bańkę w totka. A ja wiem, że nie powinien mi dziękować ani ja nie powinienem tego przyjmować, jednak i tak to robię.

– Obyś zdawał sobie sprawę z konsekwencji. – Oddaję mu telefon i każę wyjść, po czym zakopuję się w cholernych fakturach, odpychając wspomnienie zdjęcia.

Po godzinie ślęczenia nad papierami, które już dawno powinny być przejrzane, zerkam na monitory przed sobą. Nick McCoy siedzi skupiony i zdaje się, że jednak los mu sprzyja. Podnoszę telefon i wybieram numer Olega. Faceta, który wie więcej niż inni. Jeśli trzeba, wyciągnie kogoś nawet z piekła. Dlatego jest moją prawą ręką, ufam mu. I zawsze robi to, czego się od niego oczekuje. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Pewnie to prawda, ale on naprawdę taki jest.

– I? – pytam krótko.

– Cholerny szczęściarz. – Przypilnuj, żeby oddał dzisiaj część długu. Nie można mu odpuścić.

– Jasne, szefie – odpowiada, po czym się rozłącza.

Patrzę na zegarek. Jest druga w nocy. Powinienem zostać do zamknięcia klubu, ale nie dzisiaj. Przez to, co pokazał mi McCoy, nie mogę się skupić i, do cholery, powoli zaczyna mnie to drażnić. Blać, muszę się trochę zabawić i odreagować. Nie ma nic lepszego od panienki na jedną noc. To druga, po alkoholu, najlepsza forma rozluźniacza. Wychodzę z biura i ruszam wąskim, ledwo oświetlonym korytarzem w kierunku baru, licząc na udane łowy. Barman od razu mnie dostrzega, bo jak można nie zauważyć gościa w garniturze od Armaniego w takim przybytku jak ten? Jestem jak świecący neon i zwracam uwagę ponętnej blondynki popijającej jakieś słodkie świństwo. Idealna, chociaż byłaby bardziej w moim typie, gdyby nie ten silikon. Ale nie będę wybrzydzał, to nie moja przyszła żona, tylko dziwka, która za chwilę rozłoży dla mnie nogi lub użyje swoich nabotoksowanych ust.

– Masz ochotę się zabawić? – szepczę jej do ucha.

– Zależy, jaki rodzaj zabawy masz na myśli. – Wyciąga wisienkę z drinka i ssie ją sugestywnie, a ja jestem już prawie gotowy.

– Chcę, żebyś zabawiła mnie swoimi ustami – mówię pierwszą rzecz, która przychodzi mi do głowy.

– Dlaczego nie, ogierze – mruczy, najwyraźniej uważając, że to seksowne. Ale to, co mówi, mam generalnie w dupie. Nie bawię się w te wszystkie sentymentalne bzdury. Już nie. To dobre dla ciot.

Chwyta mnie za dłoń, więc prowadzę ją w kierunku mojego biura. Jednak przechodzę obok niego, bo nigdy nie wpuściłem tam żadnej kobiety i nie zamierzam tego zmieniać. Bez ceregieli wpycham nieznajomą w ciemną wnękę, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał i, patrząc, jak klęka przed mną, rozpinam rozporek. Wyciąga mojego twardego kutasa, by od razu wziąć go do ust. Zatapiam dłonie w jej włosach i zaciskam mocniej palce, kiedy to na przemian liże i ssie mojego fiuta. Chcę, żeby wzięła go całego, ale krztusi się, więc trochę odpuszczam i zadowalam się tym, co dostaję. Pompuję w nią dość agresywnie, ponieważ jej jęki dają mi do zrozumienia, że jej się podoba. Kiedy wybucham gorącą spermą, połyka wszystko, a ja zaraz potem chowam swój sprzęt, zapinam spodnie i odsuwam się, zostawiając ją niezaspokojoną. Jestem skurwielem, ale jeśli ktoś zachowuje się jak dziwka, to zasługuje na takie traktowanie. Jasne, mógłbym dać jej fenomenalną przyjemność, jednak nie robię tego. Potem przyszłaby tutaj znowu i chciałaby, żebym ją przeleciał, a ja tego zwyczajnie nie mam w planach. Dlatego, widząc zmierzającego w moim kierunku Olega, zatrzymuję go.

– Możesz się zabawić, bo ja wychodzę – mówię, a Oleg się szczerzy, kiedy jego spojrzenie ląduje na blond lalce. Lubię go, bo nie ma nic przeciwko ochłapom. Tak jak ja uważa, że te suki zasługują na to, co dostają. – Suczka pierwsza klasa. Dzięki, boss. – Miłej zabawy – rzucam na odchodne, po czym opuszczam lokal z całkiem inną wizją w głowie niż to, co przed chwilą miało miejsce.

CHLOE

Na widok świateł na podjeździe wstaję z kanapy i ruszam do drzwi. Od kilku dni próbuję porozmawiać z Nickiem, ale za każdym razem, kiedy wracam do domu, jego już nie ma. Ale dzisiaj mi nie ucieknie. Jest prawie druga w nocy i czekam na niego od dobrych dwóch godzin, a poza tym jestem wyjątkowo wkurzona. Staję przy wejściu i gdy tylko przekracza próg, napadam na niego.

– Możesz mi powiedzieć, gdzie ty, do cholery, znikasz na całe wieczory i noce? – Depczę mu po piętach, kiedy kieruje się do kuchni, całkowicie mnie ignorując.

– Chloe, nie teraz – jęczy.

– A kiedy? W ogóle cię nie ma. I gdzie są moje pieniądze? – Jakie pieniądze? – pyta, popijając wodę i starając się na mnie nie patrzeć.

– Moje, te, które oszczędzałam na wyjazd. Nie ma ich. Może wiesz coś na ten temat?

– Siostra…

– Wziąłeś je czy nie? – naciskam. Nie odpuszczę mu.

– Dobra, były mi potrzebne. Wyobraź sobie, że miałem nagłą sprawę – rzuca.

– Trzeba było iść i zarobić! – Trącam go palcem w klatę. – Wiesz, ile odkładałam?! – krzyczę, bo ten gnojek ukradł mi kasę. – Tam było kilka tysięcy! Chcę je z powrotem. Wszystko!

– Nie mam ich – oświadcza tak po prostu, a ja mam ochotę walnąć go w ten durny łeb.

– Zabić ciebie to mało! – Wyrzucam ręce w powietrze i wychodzę z kuchni.

– Chloe!

– Cmoknij się! Nie rozmawiam z tobą, kretynie!

Moje ciężko zarobione pieniądze, które miałam wydać tylko na siebie, przepadły. Jeżeli on myśli, że kolejny raz mu odpuszczę, to jest w cholernym błędzie. Głośniej niż planowałam, zamykam drzwi swojej sypialni i idę spać, bo w tej sytuacji nic innego mi nie pozostaje. Kiedy zasypiam, słyszę pukanie, a po chwili cichy głos brata.

– Oddam ci wszystko. Odkuję się – obiecuje i wzdycha tak samo jak ja.

– Kiedy ty w końcu skończysz z hazardem, co? Kiedyś wpadniesz w niezłe gówno. A teraz daj mi spać, bo rano idę do pracy.

– Przepraszam, naprawię to – pada któraś z kolei obietnica. – Oby. Dobranoc.

– Dobranoc, siostra.

Budzik zawsze dzwoni wcześniej, niżbym sobie tego życzyła, ale nie ma, że boli, muszę zwlec tyłek z łóżka. Tylko, Boże, tak mi się nie chce. Cholera. Jednak zbieram się w sobie i najpierw jedna noga, następnie druga i wstaję. Taa, to, że jestem już w pionie, to jedno, a że ledwo widzę na oczy, to już inna historia. Jestem niewyspana, ale mam nadzieję, że ciepły prysznic i wypita w biegu kawa postawią mnie na nogi.

Godzinę później, prawie spóźniona, docieram do restauracji, w której pracuję. Całe szczęście, że nie ma jeszcze szefa, bo miałabym jazdę bez trzymanki. Cholerny gnojek z niego i gnida pierwsza klasa.

W porze lunchu jestem już tak zmęczona, że marzę tylko, żeby ten cholerny dzień się skończył. Nie ma to jak wkurzony szef i współpracownik, któremu chyba żona nie dała, bo kolejny raz próbował na mnie swoich świńskich tekstów. Nie jestem osobą agresywną, zawsze odpuszczam, ale dzisiaj nie wytrzymałam. Koleś dostał po pysku, a ja stwierdziłam, że chyba nadeszła pora na zmianę pracy. Jedyny powód, by zostać, jest taki, że całkiem dobrze tutaj płacą. Bycie managerem w restauracji ma swoje plusy i minusy, ale nie zniosę molestowania przez innych pracowników tylko dlatego, że szef ma wywalone na wszystko i wszystkich.

Wczesnym wieczorem szef vel dupek łaskawie oznajmia, że mogę się zmyć. Wychodzę tak szybko, jak to możliwe. Całkiem prawdopodobne, że aż się za mną kurzy. Wsiadam do auta i jak co dzień pokonuję tę samą trasę w podobnym czasie, mimo że Vegas nigdy nie śpi i tłok na ulicach jak cholera. To miasto tętni życiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu i to jest akurat dobre. Zmęczona, parkuję przed domem, ściągam cholerne szpilki i ruszam na bosaka po betonowym podjeździe w stronę budynku. Nawet się nie zastanawiam, czy Nick jest w środku, bo pewnie nie. I w sumie guzik mnie to obchodzi. Marzę tylko o kąpieli, lampce wina i łóżku. Pierwsze kroki kieruję do kuchni, z lodówki wyciągam upragniony trunek i nalewam sobie szczodrze. Biorę duży łyk i z przyjemnością zamykam oczy. O tak, stanowczo tego potrzebowałam. Z lampką w dłoni idę w stronę sypialni, jednocześnie rozpinając żakiet, ale staję nagle, zaskoczona na widok brata siedzącego na kanapie w salonie. To do niego niepodobne.

– A co ty tutaj robisz? – pytam podejrzliwie. Bo to raczej nie jest pora, kiedy on przebywa w domu.

– Zaraz wychodzę i nie czekaj na mnie – informuje.

– Wierz mi, nie mam takiego zamiaru – rzucam oschle i zanim zdołam dodać coś jeszcze, odzywa się dzwonek do drzwi, na co Nick zrywa się i pędzi otworzyć. Zaskoczona, przypatruję mu się kolejny raz.

– Do ciebie. – Podaje mi wielki bukiet różnokolorowych róż w szklanym wazonie. – Masz jakiegoś faceta, o którym nie wiem? A może to jakiś zakochany amant, co? – Rusza zabawnie brwiami i sięga po karteczkę.

– Zostaw! – Uderzam go w dłoń. – To do mnie, a nie do ciebie. I dla twojej wiadomości, nie spotykam się z nikim, więc nie wiem, od kogo te kwiaty.

– Nie ma co, facet ma gest. – Nick kiwa głową z uznaniem. – A ty czasem nie miałeś gdzieś wyjść? – sugeruję.

– Nieee, chcę wiedzieć, od kogo ta wiecha.

Wzdycham, bo czasem wciela się w nadopiekuńczego brata, ale jeśli myśli, że tym sposobem coś ugra i daruję mu kasę, to się przeliczy. Odwracam się i stawiam kwiaty na stoliku kawowym, po czym wyjmuję bilecik. Zwykła biała kartka i trzy słowa.

„Dla pięknej kobiety”.

Tylko tyle, zero podpisu. I skąd mam, do cholery, wiedzieć, od kogo one niby są? Ten dupek z restauracji nie pofatygowałby się, żeby wysłać mi kwiaty na przeprosiny, i na pewno nie są od mojego byłego. Jest takim sknerą, że nie kupiłby mi jednej róży, a co dopiero tuzina, a może i dwóch.

– I co? – dopytuje braciszek.

– I nic, nie wiem od kogo, ale są śliczne – stwierdzam.

– Dobra, to ja spadam. Nie czekaj na mnie i nie martw się, wszystko będzie dobrze.

– Dlaczego odnoszę wrażenie, że kiedy tak mówisz, to wcale tak nie będzie? – Ty i to twoje czarnowidztwo. Cześć, siostra. – Rusza do wyjścia, ale jeszcze się obraca. – Zamknij dobrze drzwi.

– Jasne, jakbym tego nigdy nie robiła i trzeba mi przypominać – mówię z przekąsem, bo znowu traktuje mnie jak pięciolatkę, a mam dwadzieścia dwa lata.

Rozdział 2

ALEKSIEJ

Patrzę na moje biurko z ciemnego wiśniowego drewna, na którym leży szara teczka. To efekt dwóch wykonanych przed pięcioma dniami telefonów. Jestem cholernie ciekawy jej zawartości, ale również zaskoczony swoim zachowaniem. Kurwa, coś sobie kiedyś obiecałem. Może teraz popełniłem największy błąd w życiu, ale jest za późno, przesyłka niedawno poszła. Taa, a raczej przesyłki. W sumie nie będzie wiedzieć, od kogo te kwiaty, ale dużo bym dał, żeby zobaczyć jej minę, kiedy je otrzyma. Szlag, naprawdę mi odbija na punkcie tej kobiety. Jej obraz prześladuje mnie nawet w snach. To nie jest normalne, że tak się dzieje, na dodatek od kilku dni. Źle przez nią sypiam, co mi się do tej pory nigdy nie zdarzało.

– Wejść – nakazuję, kiedy słyszę pukanie do drzwi biura.

– Czy ty wiesz, co robisz? – pyta sceptycznie Oleg, zajmując miejsce naprzeciwko mnie.

– Nie. – Wzruszam ramionami.

– Więc po co to? – Wskazuje na plik dokumentów na biurku.

– Lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia – tłumaczę, bo taka jest prawda, zawsze każdego sprawdzam. – Znasz mnie.

– Ma robić za striptizerkę w razie W?

– Nie wiem, w końcu to też sposób, żeby zarobić niezłą kasę – kłamię, bo za chuja nie wysłałbym jej do tańczenia na rurze. – Klienci dużo by płacili za jej taniec. – Nie mówię mu, że mam jej zdjęcia z siłowni, więc wiem, o czym mowa. – Puściłbyś dziewczynę, żeby inni faceci obmacywali ją swoimi łapskami i wtykali kilka dolców za dekolt albo w majtki? – Oleg siedzi z założonymi rękami i krzywym uśmieszkiem, a mnie strzela kurwica, kiedy tak bez sensu pierdoli.

– Blać – warczę.

– Wiedziałem. – Wybucha śmiechem. – Wysłać jej kolejne kwiaty?

– Nie, paszoł won. – Wskazuję drzwi, a on wychodzi, trzęsąc się ze śmiechu. Tylko jemu pozwalam na taką poufałość, reszta zarobiłaby kulkę między oczy.

Wyciągam telefon i przeglądam zdjęcia, które dzisiaj przysłano. Kiedy przejeżdżam palcem po ekranie, członek natychmiast mi twardnieje na myśl o tych kuszących, miękkich ustach zaciśniętych wokół mojego fiuta.

– Będziesz moja, skarbie – mówię sam do siebie, po czym w końcu oddaję się lekturze, jednocześnie obserwując naiwnych kolesi, którzy myślą, że mają dzisiaj cholerne szczęście. W rzeczywistości mają pecha. Samo życie. Ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać. Jedynym wygranym zawsze jestem ja. Zawsze.

– Boss? – Nawet nie unoszę głowy znad papierów, słysząc głos wchodzącego Olega.

– Co się, kurwa, dzieje?

– McCoy znowu przyszedł.

– Pilnuj go, ma limit, więc nie ma mowy o kolejnym dużym długu. Ile mu zostało z tych ćwierć miliona? – Jestem bardzo ciekawy, bo przychodzi tutaj od kilku dni. To nie wygląda na uzależnienie, ale jakby na coś zbierał. Znam się na tym. Ale póki ma u mnie dług, musi go spłacić.

– Jasne, ale mamy też problem. – Jak Oleg mówi, że mamy problem, to oznacza, że gówno się rozlało.

– Co znowu?

– Finley nie ma z czego nas spłacić i zdaje się, że ma zamiar spierdolić.

– Niech to szlag! Jest nam winien pół miliona – warczę, po czym wstaję. Jestem nieźle wkurwiony. Nie lubię, jak ktoś chce wychujać mnie na kasę. Nikt im nie każe grać o wysokie stawki. A skoro mają odwagę szastać cudzą forsą, muszą się liczyć z tym, że trzeba to kiedyś spłacić. Ja zawsze odbieram długi.

Wyciągam z szuflady broń, sprawdzam ją, a następnie wciskam za pasek i poprawiam marynarkę.

– Zbierz chłopaków, pora odwiedzić Finleya.

– Oczywiście. Wezmę Saszę i Ivana – mówi. Kiwam tylko głową na znak, że się zgadzam. To moi najlepsi ludzie. Wiem, że znają się na robocie.

Oleg wychodzi, a ja jeszcze raz rzucam okiem na monitor i stolik numer sześć oraz siedzącego przy nim Nicka. To ostatni raz, jak tutaj gra. Ten dupek musi mi oddać kasę. Tylko dlatego teraz go nie zabiję. W ostateczności barter też wchodzi w grę. Z tym że i tak koleś niezbyt dużo posiada. Cholerny samochód, dom – i ją. Ostatni raz spoglądam na monitor i wychodzę.

Opuszczam lokal tylnym wyjściem. W powietrzu wąskiej uliczki mieszają się zapachy z lokalnych knajpek, co przypomina mi, że dzisiaj nic nie jadłem, a jest już noc. Jednak decyduję, że zrobię to później. Lepiej mi się pracuje na pusty żołądek. Wypadki nie są wskazane. Czarna terenówka jest zaparkowana jakieś pięć metrów przede mną. Obok niej stoją chłopcy, którzy na mój widok kiwają głowami, po czym całą czwórką wsiadamy do auta, które prowadzi Sasza. Zawsze jest kierowcą w takich nagłych sprawach.

– Wchodzimy, robimy swoje i wychodzimy – instruuję ich. – Ma być czysto i cicho. Żadnych przypadkowych ofiar. Kilkanaście minut później przyjeżdżamy przed ogromny dom świadczący o zamożności jego właścicieli. Facet wyraźnie ze mną pogrywa i to w taki sposób, którego nie znoszę. Sasza parkuje w zacienionym miejscu, z daleka do ulicznych lamp, po czym wychodzimy i ruszamy odebrać dług. Stojąc przed drzwiami wejściowymi, spoglądam na zegarek, a następnie stwierdzam, że pora na kurtuazyjne wizyty dawno minęła. Ale to mnie w ogóle nie obchodzi. Dzwonię do drzwi. Moi ludzie czekają z boku. Wejdą ze mną w razie czego.

– Tak? – W progu staje kobieta w średnim wieku, zapewne pani Finley. – Słucham?

– Zastałem pani męża? – pytam grzecznie.

– Niestety jest jeszcze w biurze. Na pewno go pan tam spotka. – Wygląda na zdenerwowaną, więc jej nie wierzę. Tyle razy już to przerabiałem, a ci ludzie wiecznie swoje. Znają moją reputację, przychodząc do mnie. A każdy, kto słyszał nazwisko Tarasow, powinien wiedzieć, że oznacza tylko kłopoty. – Jednak nalegam, żeby nas pani wpuściła. – Kiedy odsłaniam połę marynarki, kobieta robi wielkie oczy na widok mojej spluwy. Mam ochotę się roześmiać. – Na razie jestem miły, ale to w każdym momencie może się zmienić.

– Pro-proszę – jąka się, otwierając szerzej drzwi. Kiwam na swoją świtę, po czym całą czwórką wchodzimy. – Zaprowadzę panów.

Widzę, jak się nas boi. To dobrze, nawet bardzo dobrze. W sumie nie ma powodu, bo nic jej nie zrobimy, ale nie musi o tym wiedzieć. Niech czuje respekt przed Tarasowem. Każdy powinien. Otwiera drzwi od gabinetu, ale pokazuję jej, że ma wejść pierwsza i nic nie kombinować. Jak tylko Sasza zamyka za nami, Finley wytrzeszcza oczy na nasz widok.

– Zdaje się, że masz coś, co należy do mnie – odzywam się pierwszy.

– Nie mam tej kasy, panie Tarasow.

– Widzisz… – siadam przy biurku, naprzeciwko niego – …tylko że to nie mój problem. Wiesz, co się dzieje z dłużnikami?

– Wolałbym nie wiedzieć.

– Słusznie, ale obawiam się, że i tak się dowiesz, jeżeli zaraz nie zobaczę tutaj – pukam w blat biurka – pół miliona dolarów.

– Ile?! – krzyczy jego żona. – Mówiłeś, że chodzisz grać z kumplami partyjkę pokera.

Wszyscy kłamią i oszukują.

– Ale tego było tylko czterysta tysięcy – jęczy Finley.

– Odsetki. Z czegoś muszę żyć – tłumaczę. Jednocześnie trochę mi żal kobiety, bo zdaje się, że nie zna własnego męża. Przykre, ale prawdziwe.

– Ty oszuście. Boże, pół miliona. Jak mogłeś?!

– A coś ty sobie myślała?! Że niby skąd brałem na te twoje cacka? Kolczyki, bransoletka i cała reszta, wszystko kosztuje, do cholery.

– Jezu, nie prosiłam cię o to! Mówiłeś, że nieźle zarabiasz, a mnie zwyczajnie okłamywałeś! – wrzeszczy.

Może i bym jej współczuł, ale przecież każda myśląca osoba wie, że kolczyki z brylantami, które ma na sobie, nie kosztują kilka tysięcy dolarów. Jest naiwna albo udaje głupią. Mam to w dupie. Chcę tylko odzyskać swoją forsę. Nie jestem świętym Mikołajem, a moja świta to nie pieprzone elfy.

– Pół miliona albo moi chłopcy się tobą zajmą. – Kiedy Ivan staje obok mnie z nożem myśliwskim w dłoni, w oczach Finleya pojawia się strach. Srebrne ostrze błyszczy złowieszczo. – Wybieraj.

– Kurwa, nie mam tej kasy!

– Ivan, myślę, że Finley nie potrzebuje wszystkich dziesięciu palców. Wystarczy mu …osiem?

– Się robi, boss.

– Nie! – krzyczy Finley.

Już wiem, że osiągnąłem swój cel. Unoszę rękę, żeby powstrzymać Ivana, i czekam.

– To wszystko, co mam. – Facet wyciąga z sejfu niewielki woreczek i mi go podaje.

– Nieładnie jest kłamać – mówię, a następnie wysypuję na dłoń jego zawartość. Gość właśnie uratował swoją dupę. Trzymam garść diamentów wartych na oko więcej niż jego dług. – Zdaje się, że jesteśmy kwita. A to – rzucam na blat biurka diamenty warte jakieś pięćdziesiąt tysięcy – zostawiam na pamiątkę. – Resztę wsypuję z powrotem do woreczka i chowam do kieszeni spodni. Wstaję, poprawiam marynarkę i udaję się do wyjścia, ale muszę jeszcze coś wyjaśnić. – I następnym razem nie będzie ostrzeżenia. Ma pan ładną żonę, więc byłoby szkoda. – To zdanie zawsze skutkuje. Nie lubię zabijać, oczywiście czasem jestem do tego zmuszony. Trup nie odda mi kasy. Czysta kalkulacja.

W drodze do klubu chłopcy milczą. Wiedzą, że nie lubię, kiedy niepotrzebnie mielą ozorem. Pół godziny później jestem z powrotem w biurze. Muszę się napić, żeby odreagować gówniany wieczór. Nalewam sobie wódki i wypijam jednym haustem. Nie cierpię zastraszać klientów, ale tylko to działa na takich opornych typów. Po chwili siadam w fotelu z kolejną porcją alkoholu, jednak szybko odstawiam szklankę, widząc na monitorze awanturującego się McCoya. Wybieram numer Olega, który odzywa się po jednym sygnale.

– Co się tam, do kurwy, dzieje? – krzyczę.

– Facet rzuca się, bo chce grać dalej, a wyczerpał już limit.

– Ile?

– Pół miliona.

Kurwa, nie wierzę.

– Blać! Dawać go tutaj – nakazuję, po czym się rozłączam. Niech to jasna cholera. Jeszcze tego mi dzisiaj brakowało. Nie mam nastroju na jakiekolwiek negocjacje. Dzisiaj nie będzie już żadnych gierek. Facet nie ma takiej kasy, żeby oddać. Nawet jeśli sprzedałby nerkę i tak by mu brakło. – Wejść – prawie warczę, słysząc pukanie.

– Panie Tarasow…

– Jak masz zamiar to spłacić? – wchodzę mu w słowo. Nie mam ochoty na zbędne pierdolenie. – Nie interesuje mnie gówno o dalszej grze, bo jej nie będzie. Nie u mnie. Masz cholernie duży dług, McCoy. – Spłacę co do centa. – Pół miliona, i to w terminie? – kpię. – Niby jak, do cholery, chcesz to zrobić? Oddasz mi dom w zastaw? A może sprzedasz jakąś część ciała na czarnym rynku? Masz trzy miesiące. A teraz chcę otrzymać swoje zabezpieczenie. – On nawet nie wie, co za chwilę nastąpi.

– Teraz? – Wygląda na zdziwionego.

– Tak, teraz.

– Proszę.

– Rzuca mi kluczyki do auta, które łapię w locie.

– A co ja niby mam z nimi, do cholery, zrobić?

– To jest pańskie zabezpieczenie, to jest to, co pokazywałem na zdjęciu. Mój mustang. Mam ochotę roześmiać mu się w twarz.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie chcę twojego cholernego wozu. To żadne zabezpieczenie.

– To o czym wcześniej rozmawialiśmy? – Wygląda na skonsternowanego.

– O twojej siostrze.

– Co? – Facet momentalnie robi się blady.

– Twoja siostra za twój dług – wyjaśniam. Chyba nie tego się spodziewał, bo z wrażenia siada. – To jedyne zabezpieczenie gwarantujące, że oddasz kasę. Przykro mi, ale nie robię prezentów. To jest biznes.

– Ale mi chodziło o samochód, nie o Chloe.

– Decyduj. Albo oddajesz mi pół miliona w półtora miesiąca, albo daję ci trzy miesiące, biorąc w zastaw Chloe. – Proponuję mu uczciwy układ, a tylko od niego zależy, jak to rozegra. Jednak nie mam wątpliwości. To w końcu jego siostra.

– Zgoda. – I w tym momencie mnie zaskakuje. Cholerny dupek, właśnie oddał mi siostrę za dług. Chryste, mam ochotę przyłożyć temu skurwielowi, ale nie zrobię tego. Nie zasługuje nawet na to, żebym brudził sobie ręce. Mam nadzieję, że zeżrą go wyrzuty sumienia. Tacy jak on nie zasługują na litość. Wiem, że sam nie jestem lepszy, proponując mu to. Jednak między nami jest pewna drobna różnica. Dla mnie rodzina jest najważniejsza. Dla niego nie.

– Auto jest twoje. – Rzucam mu z powrotem kluczyki. – Ale Chloe od teraz należy do mnie.

Tatiasza Aleksiej
Mam na imię Wiesia, książki towarzyszą mi całe życie. Czytam prawie wszystko. Jednak najbliższe mojemu sercu są dobre książki obyczajowe, literatura kobieca, sagi, książki historyczne - zwłaszcza z okresu średniowiecza, międzywojennego, II wojny światowej i powojenne. Nie pogardzę dobrym thrillerem, zwłaszcza psychologicznym i dobrą sensacją. Nie przepadam za fantastyką – czytałam jednak „Grę o tron” – uwiodła mnie i oczarowała, jestem nią zachwycona – dlatego żadnej książce nie mówię nie. Lubię wyzwania. Mój syn nazywa mnie "molem książkowym". Uwielbiam Freddie'go Mercury, Queen.

2 komentarze

Leave a Response